piątek, 25 kwietnia 2014

Polecamy „Co jedzą ludzie”, Pauliny Wierzbickiej

Książka, którą dziś przedstawiam jest dosyć nietypowa, choć mówi o rzeczy tak oczywistej jak jedzenie. Jednak nie jest to na pewno książka kulinarna. Opowiada ona o różnych, bardziej i mniej dziwnych zwyczajach i gustach żywieniowych ludzi na całym świecie. Już ciekawy opis z tyłu książki wprowadza nas w klimat przedstawianych „przysmaków”: „Ludzie jedzą wszystko co ma nogi, oprócz stołu, wszystko co pełza, oprócz czołgu, wszystko co lata, oprócz samolotu oraz wszystko co pływa oprócz łodzi podwodnej”. Oczywiście jest to niewątpliwe anegdotka, jednak informacje zawarte w książce mogą pozwolić się z nią w dużym stopniu zgodzić. Szczerze przyznaję, iż niektóre „specjały” mogą przyprawić o dreszcze. Autorka Paulina Wierzbicka podzieliła książkę na rozdziały odpowiadające poszczególnym kontynentom i podrozdziały opisujące niektóre z państw na tych kontynentach. I co ciekawego i nietypowego jedzą na przykład ludzie w Polsce? Flaczki! A co w Peru albo Australii? Tego nie zdradzę tylko odeślę do lektury, pod warunkiem oczywiście, iż nie straszne są czytelnikom naprawdę nietypowe kąski. Książeczka ta opatrzona jest w bardzo zabawne ilustracje Agnieszki Popek-Banach i Kamila Banacha, które być może swoim humorem równoważą zaskakujące nieraz treści o zwyczajach żywieniowych. Bo jak sama autorka informuje na wstępie swojej książki: „O takich właśnie przedziwnych potrawach, które oburzają, przerażają, nie mieszczą się po prostu w głowie, jest ta książka.” W książce znajdziemy również kilka ciekawostek: krótki savoir-vivre dla obieżyświata czy informację o człowieku, który jadł wszystko. Jeśli jesteście ciekawi świata i nie boicie się poznać „przysmaków”, które są w stanie zjeść ludzie, to zapraszam do lektury. Na zakończenie dowiecie się nawet co jedzą astronauci i czy można jeść złoto. Spróbujcie – przeczytać!

Kamila Ocimek

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Polecamy „Mały Książę”, Antoine de Saint-Exupéry

 
„Mały Książę” „Mały Książę” to książka, której prawdopodobnie nikomu nie trzeba prezentować, to książka, którą większość przeczytała, a jeśli nawet nie to na pewno zna lub o niej słyszała. „Mały Książę” autorstwa Antoine de Saint-Exupéry jest uniwersalna, w niecałych stu stronach zawarte jest tyle prawd życiowych, ile nie ma czasem w obszernym tomie. To stąd pochodzą takie sentencje jak: „Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”, „Znacznie trudniej jest osądzić siebie niż bliźniego” czy „Stajesz się odpowiedzialny za to co oswoisz”. Mały Książę to opowieść o poszukiwaniu przyjaźni, a dzięki przetłumaczeniu jej na 270 języków i dialektów, każdego dnia dociera do najróżniejszych zakątków świata, aby wszędzie prezentować swoją nieprzemijalną mądrość. Historia Małego Księcia i Róży oraz kilku innych bohaterów jest ponadczasową opowieścią o dorastaniu, o miłości, przyjaźni i wzajemnych relacjach międzyludzkich. Swą wyjątkowość zawdzięcza szerszemu kontekstowi. Pod każdą opowieścią kryje się szereg alegorycznych i symbolicznych odniesień. Sam Mały Książę jest uosobieniem autora, a jego rozmowa z pilotem – spowiedzią Exupéry przed samym sobą. Podróż Małego Księcia po planetach jest podróżą po własnym mikroświecie i odkrywaniem co kryje się pod tak dorosłym stwierdzeniem: „życie”. Poznawanie wielu nowych osób, ich sposobu życia, niejednokrotne niezrozumienie, niepojmowanie, niezgadzanie się z kimś, jest właśnie częścią życia. Mały Książę odkrywa, iż każdy jest inny i każdy ma swój własny świat, co nie oznacza jednak, że każdy żyje tylko sam dla siebie. Żyjemy również dla innych, dając cząstkę siebie, otrzymujemy w rewanżu cząstkę kogoś innego. I na tym polega życie, na tym polega miłość i przyjaźń o czym Mały Książę dowiaduje się i co jednocześnie pokazuje nam na kartach powieści. Jego relacja z Różą jest powolnym oswajaniem się dwóch przeciwstawnych istot – wymagającego i kapryśnego kwiatu z dobrym i cierpliwym chłopcem. Jednak nawet dla takiej osoby jak Mały Książę, nastroje Róży są uciążliwe, dlatego opuszcza swoją planetę i wtedy spotyka wspomniane już wcześniej, różne postaci, które utożsamiają wiele niepozytywnych cech ludzkich. W końcu trafia jednak na ziemię, a tu pośród miliardów ludzi i miliardów róż widzi, iż nikt nie jest tym jedynym na świecie… ale może nie będę więcej zdradzała, jeśli ktoś nie pamięta, warto sobie przypomnieć co było dalej, ale przede wszystkim warto poczytać „Małego Księcia” swoim dzieciom, tak żeby i one oswajały się z życiowymi mądrościami tego małego-dużego chłopca. Jako ciekawostkę na koniec dodam, iż zainteresowanie „Małym Księciem” w Polsce było tak duże, że tłumaczeniem tekstu z francuskiego podjęło się aż 12 tłumaczy, a język polski był pierwszym językiem na świecie, na który przełożono „Małego Księcia” – oczywiście poza angielskim, w którym książka ukazała się na kilka dni przed wydaniem francuskim. Dlatego tym bardziej zachęcam, aby poczytać dzieciom Małego Księcia – po polsku! 

Kamila Ocimek

wtorek, 15 kwietnia 2014

Polecamy „O krasnoludkach i o sierotce Marysi”, Marii Konopnickiej


Czasami mam wrażenie, że bardzo osobiście podchodzę do recenzowania niektórych książek, ale sama znając dokładnie treść i mając swoje własne wspomnienia i odczucia o wiele łatwiej mogę cokolwiek napisać. Tak samo jest w przypadku książki Marii Konopnickiej „O krasnoludkach i o sierotce Marysi”. Bardzo dobrze pamiętam, gdy będąc w szkole podstawowej, czytałam tę jedną z moich lektur. Pamiętam, iż wychowana na bajce Disney’a: „Królewna Śnieżka” nie umiałam przestawić się na książkę o dziewczynce, która ma na imię Marysia, a krasnoludków nie jest siedmiu tylko cała gromada, a rządzi nimi król Błystek. Ale od czego przecież jest wyobraźnia i dziecięca ciekawość odkrywania czegoś nowego. I tak od początku do końca przebrnęłam przez szereg historii Marysi i krasnoludków.
Książka „O krasnoludkach i o sierotce Marysi” jest utworem baśniowo-mitycznym mającym jednak elementy realności, jak chociażby zmiana pór roku – od wiosny do jesieni. Krasnoludki zimę spędzają pod ziemią, aby potem razem z nastaniem wiosny przedostać się jak przebiśniegi spod ziemi i cieszyć się radością jaką niosą ze sobą promienie wiosennego słońca. Zaraz po wyjściu na ziemię spotyka ich mnóstwo przygód. Koszałek-Opałek – nadworny kronikarz opisuje wszystkie historie jakie spotkały go na zewnątrz w świecie ludzkim. I tak właśnie ten świat ludzki miesza się ze światem istot baśniowych – krasnoludków. Żyją one między ludźmi, rozmawiają i pomagają im. Tak spotykają też sierotkę Marysię, która została wypędzona z domu po śmierci matki i codziennie pasła gęsi kobiety, u której pracowała, na pobliskiej polanie. Krasnoludki pomagają Marysi tak, iż na koniec trafia do domu Skrobka, który zaczął traktować ją jak własną córkę. Oczywiście to tylko bardzo, bardzo ogólny zarys całej historii. W trakcie pojawia się jeszcze kilkadziesiąt innych historii oraz wiele innych postaci, których przygody mieszając się ze sobą, tworzą spójną, czytelną i przede wszystkim ciekawą dla małego odbiorcy lekturę. Polecam książkę ze względu na jej ponadczasowość, gdyż pomimo tego, iż pierwszy raz opublikowana została w 1896 roku czyli ponad sto lat temu, nie straciła na wartości i autentyczności, a historie mogą wydarzyć się w każdej chwili, pod warunkiem, iż do tej magicznej krainy przeniesie nas wyobraźnia, którą warto rozbudzić w dzieciach. I na koniec anegdotka już z moich czasów akademickich. Pewnego razu na zajęciach, dyskutując nad poetyką tekstu, profesor zapytał nas, czy krasnoludki istnieją naprawdę. Dosyć skonsternowana rzesza studentów zastanawiała się co kryje się pod tym pytaniem o krasnoludki adresowanym do studentów. Odpowiedź nie była jednoznaczna, gdyż wiadomo, że krasnoludki istnieją, ale tylko w książkach, ale przecież książki istnieją naprawdę, więc jak to jest z tymi krasnoludkami? Poczytajcie, a zobaczycie. Przenieście dzieci w ten świat baśniowo-realistyczny, w którym krasnoludki umilają czas ludziom, chwalą pracę ludzkich rąk i czczą ziemię i jej dary.

Kamila Ocimek

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Po spotkaniu wielkanocnym i Rodzinnym Malowaniu Jajek

W oczekiwaniu na Święta Wielkanocne Szkoła Polska w Barcelonie zorganizowała, jak co roku, specjalne spotkanie przedświąteczne dla dzieci, rodziców i dziadków.
W tym roku było to już...tak, tak - „IX Rodzinne Malowanie Jajek”.
Przed przystąpieniem do ozdabiania jajek wszyscy zebrani wzięli udział w turnieju o przysłowiach polskich.
Te żartobliwe, krótkie powiedzenia towarzyszące całym pokoleniom korzystającym z ich nieprzemijającej mądrości okazały się nie lada gratką dla rodziców. Na szczęście z kłopotu, jak to w życiu bywa, wybawiły  polskie babcie uczestniczące w naszym spotkaniu. Z ich pomocą zadania konkursowe rozwiązano bezbłędnie.
Następnie całe rodziny zasiadły do wykonania pisanek najróżniejszymi technikami - malowanie, oklejanie, drapanie, itd. Wszyscy uczestnicy spotkania bardzo zaangażowali się w wykonanie prac. Każde jajko zmieniało się w piękną, oryginalną i niepowtarzalną pisankę. Dzieciom w ozdabianiu pomagali rodzice oraz babcie.
Na zakończenie wszystkie rodziny prezentowały swoje pisanki eksponowane w bardzo pomysłowy sposób.  Konkurs na najpiękniejsze pisanki wygrała rodzina rodzina Estapé Pleszek. Drugie równorzędne miejsce zajęły rodziny Dzbuk i Piqueras Damska. Nagrodami były kolorowe koszyczki wielkanocne ręcznie wykonane przez panią Marylę i nauczycielki Szkoły  Polskiej.
Aby poczuć jeszcze lepiej atmosferę zbliżających się świąt pokrzepiliśmy się przepysznymi tradycyjnymi polskimi ciastami  przygotowanymi przez rodziców.
Wystrój stołów oraz sali przygotowali nauczyciele Szkoły Polskiej oraz Pani Maryla. Bazie , które również przyozdobiły nasz stół wielkanocny wykonały dzieci z grupy Tęcza. Koszyczki ze święconką przynieśli rodzice.
W spotkaniu wielkanocnym wzięła udział Pani Konsul Magdalena Czerwińska, która przywiozła dla naszej Szkoły prezent - Pisankę Wielkanocną wykonaną przez uczniów ze szkoły polskiej z Mollerusa. Bardzo serdecznie dziękujemy za tak piękny prezent .
Pani Konsul , wszystkim rodzicom, babciom i uczniom serdecznie dziękujemy za udział i zaangażowanie w naszym świątecznym spotkaniu.

Zapraszamy do obejrzenia fotoreportażu: http://youtu.be/EfB3i5KPrXM

Ewa, Anna, Kasia, Iga, Monika, Kamila, Basia, Maria, Pani Maryla i Sabina- Babcia Polska

niedziela, 13 kwietnia 2014

Odwiedziny, odwiedziny.


Przyjechali, nareszcie przyjechali. Długo oczekiwałam moich znajomych z Polski i w końcu „wpadli” w odwiedziny do Barcelony. Cały czas byłam ich przewodnikiem po mieście, będąc dumna z faktu dosyć dobrego rozeznania w Barcelonie, a także z tego , że mogę gościć bliskie mi osoby właśnie tu! Niestety na początek Barcelona przywitała ich błotem z nieba. Była środa w nocy gdy dojechali z lotniska do centrum, więc zaproponowałam im spacer nocą po Barcelonie. Czuliśmy, że mży, ale dopiero widok naszych ubrań uświadomił nam, że raczej nie był to deszcz. Jak się później okazało był to piasek z Sahary, który czasem przyniesiony przez wiatr, pada tak jak deszcz – kolejna ciekawostka do odnotowania. Te cztery dni, na które przyjechali minęły jak w oka mgnieniu. Czas uciekał jak szalony i oczywiście znajomi choć chcieli zobaczyć jeszcze więcej i więcej, byli usatysfakcjonowani z tego co się udało zwiedzić. Po tych odwiedzinach tym bardziej doceniłam moje przebywanie tutaj – to czego nie zobaczą moi goście z powodu ograniczeń czasowych, ja mam na co dzień i mogę tam się udać w każdej chwili. Oczywiście jako dobry przewodnik musiałam zaprowadzić ich do miejsca gdzie serwują niedrogie, a dobre tapas (wyjaśniając przy okazji co to jest), polecić titno i inne dobre hiszpańskie wina oraz namówić na churros (choć długo namawiać nie musiałam). Niespodzianką dla mnie (choć dla nich może większą) był pokaz grających fontann na Placa España. Oczywiście wiedziałam, iż niebawem rusza sezon ich działania, ale nie spodziewałam się, że to już – wszyscy byliśmy oczarowani. Czas dzieliłam między znajomych, obowiązki wobec Szkoły Polskiej (w tym czasie wypadło kolejne, dziewiąte już, rodzinne malowanie jajek, które osobiście uważam za bardzo udane), a także wysyłanie mojej aplikacji do kolejnego programu Erasmus – co przyznaję było dość kłopotliwie, szczególnie, iż robiłam to o 3 w nocy, mając cztery osoby do towarzystwa w pokoju 12m2.

Skoro już wspomniałam o powyższej aplikacji chciałabym troszkę więcej o tym napisać. Pamiętam, iż będąc w Rumuni myślałam o zorganizowaniu wyjazdu do Hiszpanii. Będąc w Hiszpanii szukam możliwości kolejnych wyjazdów. I okazało się, że mogę! Otóż z powodu rozszerzenia programu Erasmus na Erasmus + mam jeszcze kilka dostępnych miesięcy do wykorzystania. Dowiadując się o tym, oczywistym dla mnie było, iż chcę je wykorzystać. Znalazłam miejsca podobne do Szkoły Polskiej w Barcelonie i wysłałam maile z pytaniami. Sytuacja podobna jak do tej wcześniej już opisywanej. Maili około pięćdziesięciu, odpowiedzi trzy, ale o dziwo same pozytywne. Co prawda z jednej organizacji nie dostałam już kolejnej odpowiedzi, ale z dwoma wciąż mam kontakt. Niestety miałam tylko dwa tygodnie na znalezienie praktyk, uzyskanie odpowiedzi, potwierdzenie itp., dlatego właśnie ostatnia noc przed końcowym terminem złożenia aplikacji była dosyć nerwowa. Udało się jednak złożyć wszystko w terminie. Niestety chyba nie wszyscy podzielają mój entuzjazm, chęć działania, robienia czegoś więcej, czegoś rozwijającego, nietuzinkowego – co otrzymuję dzięki takim programom jak Erasmus właśnie. Myślę tu o osobach odpowiedzialnych za udzielanie nam rad i wskazówek dotyczących wyjazdów, ale może o tym innym razem, bo jest to dosyć nieprzyjemne dla mnie doświadczenie, a w Barcelonie jestem dlatego, żeby się cieszyć i dlatego, że mi się udało. A co z aplikacją? Zobaczymy. Na razie wiem, że z „wyrazami szacunku została przyjęta”.
Może faktycznie nie wszyscy rozumieją ideę takich wyjazdów, ale dla mnie są one naprawdę budujące i rozwijające. Dzięki praktykom w Szkole Polskiej w Barcelonie czuję się zaangażowana w wiele spraw i odkrywam nowe rzeczy. Powiedzmy chociażby o programach do tworzenia reportaży, internetowych prezentacji multimedialnych, korekty zdjęć. Wcześniej nie było mi to najzwyczajniej potrzebne, teraz wiem jak one funkcjonują i wiem, że mogą być przydatne w przyszłości. Uczę się organizować czas tak aby równo podzielić go między obowiązki i przyjemności. Z tym niestety jest trochę gorzej, bo czas przecieka mi tu przez palce, ale staram się, staram. I najważniejsze: piszę! A to dla mnie bardzo ważne. Mam wrażenie, że napisałam już więcej niż przez cały rok na studiach dziennikarskich. Piszę o tym co czuję, co obserwuję, czego się uczę i mam nadzieję, że przyjemność jest podwójna, przede wszystkim czytanie dla odbiorców – bo dla mnie pisanie na pewno. I może jeszcze jedna rzecz, której się tu nauczyłam – choć może już niezwiązana ze Szkołą Polską – gotowanie! Nigdy nie byłam fanką tej czynności, nigdy nie sprawiała mi przyjemności, a wręcz przeciwnie niecierpliwiłam się i denerwowałam. Tu zaczęło się od chęci „zabłyśnięcia” przed zagranicznymi znajomymi i zaserwowania polskich specjałów. I tak za pierwszym razem, bez konkretnego przepisu, „na oko” zrobiłam pierogi! Potem placki ziemniaczane, naleśniki, kopytka, gołąbki, ale ponieważ jestem w Hiszpanii nie mogłam nie spróbować „wyczarować” paelli i tortilli – i wyczarowałam, ku uciesze innych i satysfakcji własnej.
A teraz? A teraz czekam na przyjazd siostry, z którą spędzimy razem polskie święta w Hiszpanii (rok temu spędziłam polskie święta w Rumuni, w hinduskiej restauracji). Podejrzewam, że będą to święta w drodze. Jeszcze musimy pomyśleć gdzie, kiedy, za co i na jak długo. Wiem, że na pewno znów będę przewodnikiem po Barcelonie, a gdy poznamy już najważniejsze miejsca, wyruszamy do Andory, a potem… Jak już wrócę to na pewno napiszę gdzie byłam.

Kamila Ocimek

piątek, 4 kwietnia 2014

Barcelona - Montpellier


Kilka razy budząc się rano myślałam, że znowu przespałam cały poranek, ponieważ słońce świeciło tak jakby było już południe. Ale nie! To poranne, tak ostre promienie słońca w Barcelonie, wpadające do mojego pokoju, zapowiadały kolejny piękny dzień. Staram się każdy z nich celebrować i wykorzystać w stu procentach. Wszystko byłoby idealnie, gdyby nie pędzący czas, który umyka niepostrzeżenie. 24.marca zdałam sobie sprawę, iż jestem tu już równy miesiąc. Cały miesiąc w Barcelonie. Oczywiście nie powinnam się rozwodzić nad upływającym czasem i zbliżaniem się do końca pobytu, gdyż mimo wszystko zostało mi więcej niż mniej, ale jednak. Żeby mimo wszystko o tym nie myśleć – działam! Czuję, że coś zmienia się we mnie w Barcelonie, od sposobu myślenia po działanie. Chcę więcej więcej i więcej. Bo im więcej mam, tym więcej chcę, ale… im więcej chcę, tym też więcej też mam. Ostatnio wspominałam o swoich planach wyjazdowych. Wtedy były jeszcze planami dziś są albo zrealizowane albo bliskie realizacji. Bilet do Maroka zakupiony (w okazyjnej cenie 40 euro), a wycieczka do Francji odbyta. Chciałabym wspomnieć o tym wyjeździe gdyż dzięki niemu zdobyłam kilka nowych doświadczeń.

Otóż mam znajomego w Montpellier, który twierdzi, iż Barcelona jest po sąsiedzku, kilka godzin jazdy, więc czemu nie przyjechać. Pytanie tylko jak? BlaBlaCar! Słyszałam oczywiście wcześniej o tej stronie, za pośrednictwem której ludzie umawiają się na wspólny przejazd za określoną opłatą, ale nie byłam do końca pewna czy chcę z tego skorzystać. Jednak sposób był najprostszy i najtańszy. Napisałam, skontaktowałam się, umówiłam się na Plaça de Catalunya i o 10 rano w piątek wyruszyłam w drogę z Santiago (chłopak, który urodził się w Kanadzie, mieszkał we Francji, a studiował w Hiszpanii), Mattem (podróżnik z Nowego Jorku) i Mahometem (Marokańczyk, który wyruszył szukać szczęścia do Francji). Zaczęło się od małej stłuczki, ale poza tym droga była bezpieczna i wesoła. Rozmawialiśmy cały czas, a dzięki wspólnym zainteresowaniom dotyczącym podróży, co chwila komentowaliśmy plany lub dokonania poszczególnych osób. Obiecałam nawet wspomnieć o tej podróży, co robię z radością, gdyż naprawdę nie spodziewałam się, iż wszystko będzie tak banalne i tak przyjemne. Potwierdza to po raz kolejny tezę, iż straszne lub trudne wydaje się to co nieznane – poznane staje się banalnie proste, a uprzedni, towarzyszący strach – śmieszny. Dotarłam do Francji! I w trakcie zwiedzania miasta (warto dodać, iż naprawdę pięknego) czekałam tylko do wieczora. Nie wspomniałam jeszcze, iż jednym z powodów wizyty, oprócz odwiedzin i poznania nowego miejsca był występ Cirque du Soleil – grupy cyrkowców czyniących cuda na scenie i przenoszących choć na chwile w świat magii. Pamiętam, że gdy poszukiwałam miejsc, w których występują i zobaczyłam Montpellier po prostu nie mogłam w to uwierzyć, wszystko po mojej myśli. O zobaczeniu na żywo Cirque du Soleil marzyłam gdy tylko dowiedziałam się o ich istnieniu i o tym co robią, czyli cztery lata. I chciałabym tu podkreślić, iż nie są to komiczne występy clownów, ale kilkudziesięciu postaci, którzy opowiadają swego rodzaju historię, przenosząc widza w inny, odrealniony świat. Muzyka, śpiew, światła, magia, wszystko harmonijnie zgrane i doprawione pokazem umiejętności akrobatycznych. I pomimo, iż posiadaliśmy najtańsze bilety, mieliśmy artystów na wyciągnięcie ręki, gdyż jak się okazało część przeznaczona dla nas była remontowana, więc tym osobom dostawiono krzesła praktycznie przy samej scenie – i jak tu nie być szczęśliwą? Potem, po zakończonym występie (oczywiście dla mnie za krótkim, mimo iż trwał dwie godziny) widok Morza Śródziemnego od strony Francji, następnego dnia Carcassonne i piękny zamek, a na koniec mała wioska „na końcu świata”. Miejsce aktualnie zamieszkałe, choć znajdujące się pomiędzy skałami przypominającymi kanion, a domy i otoczenie są jakby wyciągnięte ze średniowieczna. Pięknie i magicznie.

Wszystko się przecież kończy więc i ten kolejny piękny weekend – tym razem poza Barceloną dobiegł końca. Przez to, iż całą niedzielę spędziłam poza domem nie miałam możliwości skonstatowania się z nikim przez stronę BlaBlaCar i dopiero ok. północy odpowiedziałam na zamieszczoną ofertę. Dla mnie jako osoby zapobiegliwej, lubiącej wiedzieć wszystko wcześniej i mieć wszystko przygotowane, było to dosyć stresujące. Chciała wrócić w poniedziałek rano, a o północy jeszcze nie wiedziałam z kim i jak. Prawdą okazała się rada znajomego, iż w tym przypadku, normalne jest umawianie się na przejazd kilka godzin przed. Więc jak już wspomniałam – odpowiedziałam na ogłoszenie i w ciągu 20 minut wiedziałam, iż rano wracam do Barcelony. Proste? Banalne! Ponownie start o 10 rano i ok. godziny 13.30 byłam… w domu. Tak właśnie się poczułam, wróciłam do domu – do Barcelony. Po południu wspominałam jak to rano byłam jeszcze we Francji…

I co dalej? Dalej wracam do obowiązków. Przed nami przedświąteczne spotkanie w Szkole Polskiej i wspólne malowanie jajek. Na pewno wszyscy chcieliby, aby ten dzień był wyjątkowy. I na pewno taki będzie!
Kamila Ocimek

czwartek, 3 kwietnia 2014

Polecamy „Serafin wyrusza w Świat”, Jerzego Macieja Siatkiewicz



Książka „Serafin wyrusza w Świat” z serii Wiklinowa Zatoka jest opowieścią o bohaterach z popularnego serialu telewizyjnego. Postaci te przeżywają fantastyczne przygody, które bawią, uczą i zabierają dzieci do niezwykłego, ożywionego świata zwierząt, które dysponują cechami podobnymi do ludzkich. Jednak ich historie dzieją się w ich pięknym zwierzęcym świecie.
I tak mamy tu historię o „własnej norze” ale również o „przyjacielu”, „wrogu”, „zwycięzcy”, „nieznajomym” i ostatnie pod tytułem: „do domu”. Serafin i jego przyjaciele co chwila przeżywają nowe przygody, które na pewno zainteresują pociechy. Ponieważ teksty (napisane przez Jerzego Macieja Siatkiewicza) nie są długie, napisane prostym językiem, na pewno przyciągną uwagę najmłodszych, a dodatkowo kolorowe ilustracje wypełniające strony niewątpliwie zaciekawią i zobrazują te po części ludzkie lecz w większości zwierzęce przygody Serafina. Autorzy ilustracji: Wiesław Zięba i Waldemar Kasta postarali się stworzyć grafikę ciekawą dla dzieci, która doskonale uzupełnia treść tekstów.
Zabierzmy dzieci w ten wyimaginowany świat zwierząt mówiących ludzkim głosem. Nie tylko od święta. 

Kamila Ocimek