poniedziałek, 31 marca 2014

Polecamy „Bajki i baśnie polskie”, Marty Berowskiej, Elżbiety Safarzyńskiej i Elżbiety Wójcik




Książka: „Bajki i baśnie polskie” zawierająca teksty Marty Berowskiej, Elżbiety Safarzyńskiej i Elżbiety Wójcik jest zbiorem historii o dawnej Polsce. Zamierzchłe czasy Piastów, Lecha i Kraka są bardziej tajemnicze niż nam się wydaje. Zastanówmy się jak lub czy w ogóle znamy legendarne dzieje
Polski. Przecież mamy się czym pochwalić, każdy region posiada swoje bardziej lub mniej prawdziwe opowieści o królach, księżniczkach, o powstawaniu miast, grodów, o dziwnych stworzeniach i… ciii. Nie będę więcej zdradzać. Warto zajrzeć do książki i zauroczyć dzieci baśniami i legendami z Polskich stron. Czytając im, rozbudzimy ich wyobraźnię i pozwolimy stanąć sam na sam ze smokiem, poczuć się jak księżniczka, usłyszeć śpiewającą syrenę lub zobaczyć złotą kaczkę.
Bohaterowie opowiadań są uniwersalni, tak jak i legendy są uniwersalne. Spotykamy się z przedstawicielami kultur, grup społecznych, stanów itd., z rycerzami, mieszczanami, szlachtą, kmieciami, władcami. Natomiast podszyte magią legendy ukazują sposób postępowania wspomnianych postaci, ich pozytywne i negatywne cechy. Dzięki temu odkrywamy przed dziećmi wszystkie nastroje rządzące światem, choć w rzeczywistości w baśniach i legendach zazwyczaj zwycięża dobro, a zło zostaje ukarane.
Dzięki legendom i baśniom dzieci mogą w lekki i przyjemny sposób zapoznać się z historią Polski, jej kulturą, dawnymi obyczajami i tradycjami. Taka wiedza na pewno kształtuje sposób myślenia i postrzegania. A o ile przyjemniej wiedzieć, jak powstała Polska, skąd w Krakowie wziął się smok, dlaczego symbolem Warszawy jest syrenka i właściwie dlaczego ta Warszawa jest tą Warszawą.
Ponad trzydzieści opowiadań opatrzonych ilustracjami Agnieszki Kamińskiej jest bogatym źródłem wiedzy, a czytanie ich może dostarczyć rozrywki tym starszym (którzy przypomną sobie jak to im rodzice opowiadali te legendarne historie) i tym młodszym, którzy z szeroko otwartymi oczami poznają świat. Nie dajmy im ich mrużyć, niech słuchają i poznają, tym bardziej, iż teksty książki są bardzo przyjemnie napisane, łatwe w odbiorze i zrozumiałe. Polecam.

Kamila Ocimek

piątek, 28 marca 2014

Sprawozdanie z zajęć z 22 marca

Poziomki


Zajęcia rozpoczęliśmy od utrwalenia wyliczanki o zoo z poprzednich zajęć, ułatwiającej zapamiętywanie cyferek. Następnie nawiązaliśmy do zbliżających się Świąt Wielkanocnych poprzez kolorowanie i wyklejanie obrazków przedstawiających jajka wielkanocne z różnymi wzorami. Po zjedzeniu drugiego śniadania udaliśmy się na salę gimnastyczną gdzie bawiliśmy się w berka, skoki przez przeszkody, wspinaczki po materacach i uczyliśmy się kręcić kołem hula hop. Po powrocie do sali zrelaksowaliśmy się czytając bajkę. Zaraz później zajęliśmy się robieniem naszych własnych bransoletek z kolorowych koralików i gumki, ćwicząc nasze zdolności manualne. Następnie powtórzyliśmy konkurs z nagrodami (naklejkami) który cieszył się dużą popularnością na ostatnich zajęciach. Polegał on na opisaniu obrazka minimalnie w trzech zdaniach. Na zakończenie zajęć bawiliśmy się z chustą Klanza odwzorowując odgłosy natury.

Pozdrawiamy,

Iga i Kasia 

Tęcza

21 marca rozpoczęła się astronomiczna tzn. kalendarzowa WIOSNA. Z tej racji postanowiliśmy sprawdzić czy rzeczywiście ta cudowna pora roku już do nas zawitała. Po wysłuchaniu pięknego opowiadania Agnieszki Galicy pt. „ O wiośnie, która się spóźniała” analizowaliśmy wszystkie oznaki wiosny o których była mowa w tekście. Poszukiwanie Wiosny przez Skrzata Ozimka i Ślimaka pomogło nam bezbłędnie wymienić wszystkie zwiastuny wiosny, których bohaterowie niestety nie zauważyli. Oto one: dni są coraz dłuższe, słońce mocniej grzeje, jest cieplej, przylatują ptaki, budzą się niedźwiedzie, borsuki i jeże, ptaki budują gniazda, kwitną kwiaty, drzewa i krzewy mają pąki. Następnie wykonaliśmy prace plastyczne przedstawiające wiosenny świat za oknem. Kolorowe okienka ozdobiły tablicę szkolną tworząc wyjątkową wystawę. Po przerwie śniadaniowej i zabawach na sali gimnastycznej przeszliśmy do kolejnego wiosennego tematu , a mianowicie do zbliżających się Świąt Wielkanocnych. Poznaliśmy niektóre polskie obyczaje wielkanocne takie jak: robienie palm ( największe palmy wielkanocne są na Kurpiach/północno-wschodnia Polska, miejscowość Łyse ), malowanie pisanek ( tzn. gotowanych jajek ), przygotowywanie koszyczka wielkanocnego tzw. święconki. Dzieci z zaangażowaniem i dużym zainteresowaniem przygotowały wielkanocny koszyczek do którego włożyły poszczególne pokarmy wycięte z papieru. Pod koniec spotkania wykonywaliśmy jeszcze elementy dekoracyjne na nasze szkolne spotkanie wielkanocne tzn. Rodzinne Malowanie Jajek. Już DZIEWIĄTE.
Kolorowe paski papieru z których wykonane zostaną dekoracyjne pisanki oraz bazie z waty i gałązek przyozdobią salę na wielkanocne spotkanie. Dzięki przygotowywanym dekoracjom dzieci dowiedziały się, co to są wierzbowe kotki czyli po prostu bazie i dokładnie przyjrzały się jak wyglądają. Te żywe, rosnące na wierzbach może uda się zobaczyć w przyszłości w Polsce.

Kotki marcowe „ Joanna Kulmowa
Na wierzbie
Nad samym rowem
Srebrne kotki marcowe.
Na deszczu i na słocie
Srebrnieją im futra kocie.
Plucha
I zawierucha.
Nie ma mamy
Co wyliże brzuch do sucha.
Ale kotki marcowe nie piszczą.
Huśtają się na gałązkach.
Mruczą:
  • Nareszcie wiosna!
I sierść mają coraz srebrzystszą.

A teraz specjalna świąteczna dedykacja dla wszystkich dzieci z grupy Tęcza.

KOLOROWE BAZIE Jerzy Ficowski

W Wielkanocny dzień do domu
przyszły białe bazie w gości,
by pisankom po kryjomu
kolorów zazdrościć.
Bo ich nie pomalowano
nikt o baziach nie pamiętał,
choć też pragną na Wielkanoc
przywdziać strój od święta.
Nie chcą się już dłużej bielić,
chcą w zieleni żyć, w purpurze!
Czyż są gorsze aniżeli
zwykłe jajko kurze?
Aż z lusterka przyfrunęła
malusieńka, śmieszna tęcza.
Zaraz wzięła się do dzieła,
by je poupiększać.
Ubarwiła każdą baźkę
mała tęcza uśmiechnięta!
I dopiero wtedy właśnie
zaczęły się Święta.

Pozdrawiamy i do zobaczenia,
Monika i Maria

Praca domowa
Drodzy Rodzice!
Dzieci otrzymały arkusze z zadaniem domowym , którego treścią jest „wypisanie rzeczy , przedmiotów jakie posiadają dzieci”. Aby utrwalić polski alfabet i wzbogacić polskie słownictwo, zadanie skonstruowane jest w ten sposób, że nazwy rzeczy muszą zaczynać się na każdą kolejną literę alfabetu. Można oczywiście wypisać po kilka rzeczy na tę samą literę. Zadanie nie jest łatwe , prosimy zatem Rodziców o pomoc w wykonaniu pracy domowej.

Jarzębina

Ostatnie zajęcia rozpoczęliśmy tematem wiosny. Dzieci określiły nawet dokładną godzinę, o której przyszła do nas.
Powiedzieliśmy sobie jakie zmiany pojawiają się w przyrodzie: kwitną przebiśniegi, krokusy, pojawiają się bociany i skowronki, na drzewach kwitną bazie. Ale wiosna budzi się do życia nie tylko w przyrodzie ale również na polach i w ogródkach, gdzie rozpoczynają się pierwsze prace. Dzieciom nieobce jest również pojęcie wiosennych porządków.
Poznaliśmy zwyczaj topienia Marzanny oraz co takiego specjalnego niesie za sobą dzień 1 kwietnia.
Z wiosną nieodłącznie związane jest Święto Wielkiej Nocy. Wspólnie przeczytaliśmy krótki tekst Jana Twardowskiego pt "Krótka ale Wielka" oraz "Jutro będzie Wielkanoc" Marii Konopnickiej. Porozmawialiśmy też o świątecznych zwyczajach, powiedzieliśmy co pojawia się na stole, co wkładamy do koszyka ze święconką oraz co to takiego Śmingus Dyngus.

W kolejnej części zajęć ćwiczyliśmy odmianę czasowników w czasie teraźniejszym, przeszłym i przyszłym.
Spróbowaliśmy też jeszcze raz napisać dyktando, które poprawialiśmy dwa tygodnie temu i które tym razem wypadło lepiej.
Oto tekst dyktanda (gdyby rodzice chcieli poćwiczyć z dziećmi):

Kasia jedzie na wieś do babci.
Cieszy się bo zobaczy zieloną łąkę.
Podziwiać będzie piękne konie.

Zajęcia zakończyliśmy malując prace plastyczne na konkurs. Tematem prac był "Podwodny świat". Dzieci miały wspaniałe pomysły ale niestety nie udało im się dokończyć rysunków.

Proszę aby na kolejne zajęcia (malowanie jajek) dzieci przyniosły dokończone prace a za miesiąc na "normalne zajęcia" napisały cztery zdania z czasownikami w różnych czasach.

Jako najstarsza grupa dużo piszemy na zajęciach. Dlatego bardzo proszę aby dzieci zawsze przynosiły ze sobą zeszyty.

Anna Lintner i Basia Starczewska

czwartek, 27 marca 2014

Polecamy „Rady nie od parady”, Małgorzaty Strzałkowskiej


Kolejnym utworem Małgorzaty Strzałkowskiej, który chciałabym zaproponować jest książka „Rady nie od parady czyli wierszyki z morałem”. To króciutka książeczka zawierająca kilkanaście rymowanych wierszyków dla dzieci opatrzonych ilustracjami Marcina Bruchnalskiego.
Wiersze autorki zwierają cenne rady i wskazówki jak „przetrwać” w dzisiejszym świecie. Owo przetrwanie to po prostu zrozumienie kilku ważnych zasad odnoszących się do wzajemnych relacji między ludźmi. Dzięki jasnym przykładom autorka wyjaśnia na czym polegał błąd bohatera opowiadania i obrazowo wyjaśnia co należałoby zrobić w takiej sytuacji. Wszystkie opowiadania kończą się jasnym i zrozumiałym morałem, a wszystkie utwory dzięki rymowanej formie, są łatwe w przekazie.
Tak poznajemy Alę, Olę, Ewę, Basię, Zochę, Jurka, Krzyśka, Michała, Tadka, Grześka, a to dopiero połowa. Każdy z nich ma swoją historię, czasem tworzą ją razem, czasem w pojedynkę. Historie te mówią o tych niepozytywnych cechach jak samolubstwo, bałaganiarstwo, zarozumialstwo, ale dążą do rozwiązania problemu i ukazania go w sposób zrozumiały dla dzieci. Morał, który pojawia się na końcu opowiadania, zawsze na oddzielnej stronie, jest dzięki temu jeszcze bardziej czytelny i warty zapamiętania.
Myślę, iż dzięki takiej formie, dzieci czytając te opowiadania lub słuchając ich, będą mogły łączyć przyjemne z pożytecznym. Przyjemność czytania ciekawych historyjek i naukę jaką ze sobie niosą. I warto zakończyć tu słowami samej autorki:
Może wiec czasami warto
Zastanowić się nad sobą,
Ciut pomyśleć i pomału
Zmienić w sobie to i owo…”
Życzę miłej lektury.
 Kamila Ocimek

wtorek, 25 marca 2014

Polecamy „Leśne głupki” Małgorzaty Strzałkowskiej


Przyznaję szczerze, iż tytuł książki; „Leśne głupki” niemało mnie zaskoczył. To jest książka dla dzieci? O głupkach? Musiałam to sprawdzić, przecież nie mogę zarekomendować czegoś, czego nie znam, tym bardziej o takim, dosyć kontrowersyjnym tytule.
Książka Małgorzaty Strzałkowskiej jest książką wpisaną przez fundację ABCXXI – Cała Polska czyta dzieciom na Złotą Listę książek rekomendowanych do głośnego czytania dla dzieci od lat czterech. Opatrzona w ilustracje: „kolaże autorki wyklejane we wtorki” – jak dowiadujemy się z pierwszej strony książki. Do końca pozostajemy w takim klimacie – świadomej i celowej „niepowagi”. Przygody „leśnych głupków” to rymowane i bardzo szybko wpadające w ucho historyjki: o smoku, o potworze, o jędzy. Napisane płynnie i melodyjnie, są łatwe w odbiorze dla maluchów i dzieci starszych. To zbitka dialogów postaci, które przeżywają swoje mniejsze lub większe przygody. Dużym plusem są krótkie i zwięzłe zdania wypowiadane do siebie przez bohaterów i ciekawe ilustracje obrazujące wykonane wcześniej przez autorkę kolaże. Ilustracje są bogate, kolorowe i radosne, stanowią dopełnienie równie radosnych tekstów. Aż chce się czytać, za co dzieci na pewno będą wdzięczne. Ciekawostką jest słowniczek na końcu książki zawierający wyrazy, których dzieci mogą nie zrozumieć jak: fauna, flora, kometa, rarytas, nawet wytłumaczenie kim są owe tytułowe „leśne głupki”. Według pisarki to cudowne, zaprzyjaźnione z autorką stworzenia, żyjące zazwyczaj w lesie, czasami w zupełnie innym miejscu.
Nie bójmy się poczytać dzieciom „Leśnych głupków”, wcale nie są tacy głupi, choć do końca nie wiadomo dokładnie kim oni tak naprawdę są…

Kamila Ocimek

niedziela, 23 marca 2014

Classes de polonès, 22.02.2014

Dobry wieczór,

Ahir vam ser molt poquets i vam terminar la LEKCJA 5 del llibre de text, sobre les activitats del lleure. Vam fer exercicis de gramàtica, lèxic i auditius de les pàgines 44-49. Intenteu durant aquesta setmana fer els exercicis 5,10, 12a-15b. Els audios els teniu penjats al curs online. A finals de la setmana que ve us penjaré les solucions i la transcripció de l'exercici auditiu 15a - b. Intenteu captar els números d'aquest últim exercici: sobre tot els preus.
Ens serà útil aquesta part per a la propera sessió: parlarem de menjar, restaurants i bars.
Penseu els productes i els plats polonesos que coneixeu: quins us agrades i quins no tant. Parlarem de tot això a la propera classe.

Do zobaczenia,

Agnieszka

sobota, 22 marca 2014

Biblioteka Szkoły Polskiej w Barcelonie

Zapraszam dzieci i rodziców do korzystania z biblioteki Szkoły Polskiej w Barcelonie. W chwili obecnej posiadamy prawie 400 egzemplarzy bajek, legend, wierszy, opowiadań, lektur szkolnych, atlasów, słowników, itp.
Biblioteka znajduje się w budynku szkoły Col.legi Pare Manyanet i otwarta jest w godzinach zajęć Szkoły Polskiej.
Poniżej znajduje się link do katalogu biblioteki:

https://docs.google.com/spreadsheets/d/1ukIWEwCR7i8sphER3eg9mUoAl3codylzW7vMEbKv0e4/edit?usp=sharing

Zapraszam i życzę miłej lektury.


środa, 19 marca 2014

O smakach, widokach i ludziach pisze nasza praktykantka, Kamila Ocimek

Wysyłając pocztówki do domu i do znajomych, kompletnie nie wiedziałam co napisać. Nie dlatego, że nie miałam pomysłu, ale dlatego, że w kilku słowach nie byłam w stanie przekazać wszystkich moich odczuć i wrażeń z Barcelony. Dlatego kartka do przyjaciółki wyglądała jak mrowisko drobnych liter, aby zapisać jak najwięcej, do tego stopnia, iż zapomniałam o miejscu na znaczek, a pisząc do mamy, że trzeci tydzień już mija, uświadomiłam sobie, że właśnie wkraczam w czwarty tydzień mojego pobytu. Czas w Barcelonie mija niespodziewanie szybko, sama tracę rachubę czasu i w okolicach czwartku uświadamiam sobie, że już zbliża się weekend, a weekend mija jeszcze szybciej niż tydzień, a od poniedziałku do czwartku to zaledwie chwila. Dlatego staram się nie tracić ani minuty. Na początku było mi trudno przyzwyczaić się do długiego spania (a śpi mi się tu bardzo dobrze), bo właśnie miałam wrażenie marnowania każdego pięknego dnia. Teraz na szczęście wróciłam do polskich zwyczajów rannego wstawania, pomimo kończenia doby w późnych godzinach nocnych. Nie umiem się jednak wciąż przestawić na przechodzenie na czerwonym świetle – co każdy robi notorycznie, brak chleba – takiego jak w Polsce i niestety trochę wysokich cen w porównaniu do Polskich oczywiście.
Barcelonę odkrywam powoli i stopniowo, aby nie przegapić czegoś ważnego. Spacerując uliczkami na Barri Gòtic widziałam piękne kamienice, niektóre odległe od siebie na szerokość ramion. Widziałam sklepiki z antykami, w których czuć ducha dawnych lat i malutkie kawiarenki z tapas oczywiście. Skrzętnie zapisuję w głowie wszystkie odczucia z próbowania (jednak nie tylko smakowo) nowości. Pierwsze tapas –patatas bravas i przekąska z tuńczykiem, były przepyszne; pierwsza tortilla jedzona na plaży, a potem próba (w sumie udana – może dlatego, że nie ja przyrządzałam) zrobienia takiej w domu. Zachwyciło mnie bogactwo warzyw i owoców, dostępnych na każdym kroku. I tak spróbowałam pierwszy raz karczochów, świeżych szparagów, pithaji, papai i… czarnych pomidorów – najlepsze jakie w życiu jadłam. Żeby tradycji smakowej stało się za dość: paella – w moim wypadku wegetariańska. Hiszpania zachwyciła smakami, ale zachwyciła też duszą. O tym, że czuję się jak u siebie już wspominałam, ale o tym że Barcelona czuje mnie jako swoją mieszkankę – jeszcze nie. Otóż już kilka razy zdarzyło mi się, że ktoś zapytał mnie o drogę (co odczytałam jako pewność, iż orientuję się gdzie jestem, wiec jestem stąd) i jakież było zdziwienie kasjera w sklepie, gdy na jago pytanie odpowiedziałam: „no hablo español”. Już po angielsku stwierdził, iż był pewien, że jestem stąd.
A sama Barcelona? Rację mieli wszyscy, którzy mówili jaki urok ma to miasto. Mogę przyznać, iż najważniejsze atrakcje już odkryte. Park Güell – można stamtąd nie wychodzić, Montjuïc – czułam się jakbym była w innym świecie, na Tibidabo tak samo. Przede mną morze, za mną góry, nieopodal Sagrada Familia, dalej Parc de la Ciutadella i wiele, wiele innych miejsc, których wymienianie mogłoby zając dość obszerną przestrzeń. Ale czym byłaby Barcelona bez życia nocnego. Spontaniczne wyjście „Erasmusów” do klubu z tarasem na plaży, zakończone nad ranem, bez śladów zmęczenia; nauka salsy, a wcześniej jeszcze karnawał w Sitges i niesamowite parady. Żyć nie umierać. Bycie w Barcelonie bez spotkań i tętniącego wszędzie byłoby nie pełne, dlatego nawiązałam kontakt ze studentami, którzy przebywają na studiach w ramach programu Erasmus. Wszyscy wymieniamy się doświadczeniami, przeżyciami, spostrzeżeniami. Niektórzy podobnie jak ja byli już wcześniej na wyjazdach, dla niektórych to pierwsza taka przygoda, inni (podobnie jak ja) planują kolejne wojaże. Najwspanialsze w tym wszystkim jest to, że spotykam ludzi myślących tak samo jak ja, takich którzy nie chcą się zatrzymywać w jednym miejscu, tylko działać – żyć! Dzięki tej chęci już zarezerwowałam bilet na Ibizę i usilnie staram się namówić kogoś na podróż do Maroka, czekam na przyjazd siostry, aby razem pojechać do Andory i na południe Hiszpanii, a może uda mi się jeszcze zwiedzić jedno miasto we Francji…
Planów dużo, a tu jeszcze znajomi zadeklarowali się z odwiedzinami, więc muszę godnie zaprezentować im „moje” aktualne miasto. Do tej pory odwiedził mnie już jeden znajomy i razem zorganizowaliśmy sobie niedalekie wyjazdy do miejscowości: Badalona i Vilanova – oba miejsca piękne, do obu jeszcze pojadę. Do Vilanovej jechaliśmy trasą miedzy górami, a wracaliśmy wybrzeżem, gdy dzień już się kończył. Domy na wzniesieniach skierowane ku morzu, które widziałam po drodze byłyby – jak stwierdziłam – dobrym miejscem do zamieszkania w przyszłości, kto wie? Zachwyca Barcelona, zachwycają okolice. Dzięki gościnności Pani Ewy zwiedziłam jeszcze Torredembarrę i miałam możliwość cieszyć się z drobiazgów, dla mnie bardzo ważnych, które daje Hiszpania. Począwszy od widoku drzew figowych, plantacji winorośli, i drzewek oliwnych, po drzewo migdałowca z którego bezpośrednio mogłam zrywać orzechy – dla mnie takie momenty są ważne. Znajomy śmiał się ze mnie, iż widok palm wciąż przyprawia mnie o radość i jest to prawda. Bo są, bo tak po prostu rosną, a mandarynki i cytryny na drzewach choć już nie powinny zaskakiwać, robią to nadal.
I ta pogoda. Oczywiście spodziewałam się ciepła w Hiszpanii, ale tego, że będę się kąpała w morzu w połowie marca i zdobywała pierwszą opaleniznę – raczej nie! Ale jest jeszcze jedna rzecz, której się nie spodziewałam – mandat! Nie mój, ale znajomego, który przyjechał w odwiedziny. Okazało się, że zaparkował w niedozwolonym miejscu, wiec odholowali jego samochód kwitując to odpowiednią opłatą, ale ponieważ nieszczęścia chodzą parami, wracając już odebranym samochodem, zatrzymała go policja, za korzystanie z telefonu (sprawdzał drogę przez GPS) podczas jazdy i… kolejny mandat. Więc przestroga-nauczka: w Barcelonie trzeba się pilnować, tym bardziej, że mandaty w euro mogą być większe od dobrej wycieczki.
Jednak powyższa historia nie zepsuje mi obrazu Barcelony, Barcelony pięknej i zaskakującej, ciepłej i żywej, kulturalnej i imprezowej, Barcelony, która już zaczęła zmieniać moje życie. 

Kamila Ocimek

wtorek, 18 marca 2014

Polecamy książki z naszej szkolnej biblioteki: Najpiękniejsze baśnie polskie


Cudze chwalicie, swego nie znacie…” – to znane przysłowie doskonale obrazuje jak łatwo, często i szybko zapominamy o wartościach jakie sami mamy. Doceniamy to co w oddali, nie widząc tego co jest na wyciągnięcie ręki. Jak jednak moje wprowadzenie ma się do baśni dla dzieci? Otóż z zaprezentowanymi za chwilę baśniami jest podobnie. Na pewno więcej dzieci zna bajkę o Disney’owej Syrence Arielce niż o tej Warszawskiej, o walecznej chińskiej dziewczynie Mulan niż o dzielnej Wandzie, a bardziej znaną kaczką jest Kaczor Donald niż ta Złota z Warszawy. Nie ujmuję niczego bajkom zagranicznym, chciałabym jednak podkreślić, iż warto jednak zwrócić uwagę na to co nasze, co polskie. Wspomniane powyżej, jak i inne: „O Smoku Wawelskim”, „O Popielu, którego zjadły myszy” czy „O Piaście Kołodzieju” są kwintesencją polskiej tradycji. Choć balansują na granicy prawdy i fikcji, zawierają w sobie elementy prawd historycznych, a podsycone szczyptą baśniowości uzupełniają się wzajemnie tworząc piękne legendy. Dzięki nim można dzieciom w ciekawy sposób pokazać legendarne początki państwa (O Piaście Kołodzieju), złych (Popiel) i dobrych władców (Dobromir), rycerzy, legendy dotyczące powstawania miast (Warszawska), a nawet pewne fakty historyczne, jak choćby to, iż dawniej zamiast złotych czy być może zbliżających się euro, w Polsce płacono niegdyś dukatami. Baśnie-legendy przedstawione w książce „Najpiękniejsze Baśnie Polskie” opatrzone tekstem Katarzyny Karczewskiej i ilustracjami Andrzeja Fonfara są napisane językiem łatwym i zrozumiałym dla dziecka, są ciekawe, ale najważniejsze: są polskie – czyste, legendarne, mające miejsce w ojczystym kraju. Ważne jest, aby znać historię, a legendy, jak już wcześniej wspomniałam zawierają jej cząstkę, tłumaczą i obrazują postawy bohaterów, mówią co jest dobre a co złe. Warto zapoznać dzieci z polskimi legendami. Po pierwsze: aby zwrócić ich uwagę na to, że to co polskie również jest dobre i mamy się czym pochwalić, po drugie: z samego faktu, iż legendy te są naprawdę ciekawe, wartościowe i pouczające, po trzecie: może warto samemu też przypomnieć sobie jak to w dawnej Polsce bywało. Polecam.

Kamila Ocimek

piątek, 14 marca 2014

Polecamy książki z naszej szkolnej biblioteki: Dziwne przypadki bajkopisarza, Grzegorz Kasdepke


Bajarz”, „Żabi książę i dziewczyna” i „Muzyczna uczta” to tylko niektóre bajki spośród tytułów książki: „Dziwne przypadki bajkopisarza”. Bajkopisarzem, jak sam o sobie mówi – jest autor – Grzegorz Kasdepke. „Bajkopisarzom, podobnie jak zresztą innym ludziom, przytrafiają się czasem przedziwne historie – i szkoda by było ich nie zapisać” – w ten sposób „bajkopisarz” opowiada o swoim mniejszym lub większym udziale w spisanych przez niego bajkach. Podobno dzieci zarzucają mu, że te bajki to wcale nie bajki; dorośli natomiast, że owszem bajki, ale nie dla dzieci. Grzegorz Kasdepke sugeruje nie słuchać dorosłych, którzy nie zawsze mają rację. Więc postanowiłam sama sprawdzić jak moje, już dorosłe oko, odczyta przekaz autora. Zaciekawił mnie „Bajarz” więc zerknęłam. I może rzeczywiście ktoś powie, że bajka, która zaczyna się od informacji o śmierci bohatera nie jest bajką dla dzieci, ale to nie prawda. Choć składa się dosłownie z kilku akapitów, mówi dosyć ważne prawdy życiowe, przede wszystkim o przemijającym czasie, który jest nieunikniony. Historia kończy się oczywiście pozytywnym, dającym nadzieję akcentem; choć krótka to treściwa, z pointą na końcu.
Jednak na jednej bajce książka się nie kończy, a ja nie mogłabym pozwolić sobie na jej polecenie lub nie, nie znając dokładnie treści. Dlatego mimo, że dzieckiem już jakiś czas nie jestem (choć ponoć ta cząstka dziecka gdzieś tam jeszcze się tli) to przebrnęłam przez wszystkie bajki Grzegorza Kasdepke i mogę przyznać, że autor przez łatwo docierające do dzieci przenośnie, opowiada o rzeczach, które otaczają wszystkich dookoła – bez podziału na świat dorosłych i świat dzieci. Historie są krótkie, zwięzłe, nie dłużą się i na pewno zainteresują małych czytelników. Książka opatrzona ilustracjami Anety Krella-Moch, wydana przez łódzkie wydawnictwo Literatura, jest ciekawą propozycją na zbliżające się wiosenne wieczory, ale te letnie i jesienne też, a zimowe już na pewno.

Kamila Ocimek

czwartek, 13 marca 2014

Wywiad z polską pisarką Anną Winner

Nasza zaprzyjaźniona szkoła Kastanjen w Sztokholmie obchodziła tydzień języków obcych. W związku z tym Pani Dorota, nauczycielka i znany nam uczeń, Krystian, przeprowadzili i nagrali wywiad z polską pisarką, Anną Winner, zamieszkałą w Szwecji. 


środa, 12 marca 2014

Polecamy książki z naszej szkolnej biblioteki: Polscy poeci dzieciom


Gdy byłam mała, mama czytała mi dużo książek do snu. Choć „do snu” można ująć w cudzysłowie, gdyż zamiast tego wywoływały reakcję wprost odwrotną. Oczy zamykałam – prawda, ale zamiast snu pojawiały się obrazy, wyobrażenia dziecka, które odpowiadały historiom czytanym przez mamę. Wychowałam się na baśniach Christiana Andersena i choć to może dość kontrowersyjne – baśniach Braci Grimm. Czasami gdy mama była już pewna, że śpię, przestawała czytać, ale moje natychmiastowo otwarte oczy dawały jej do zrozumienia, że jeszcze nie czas. Sama pamiętam, że wielokrotnie upominałam się o ta samą baśń lub opowiadanie – ku znudzeniu mamy po kolejnym już, niewiadomo którym odczytywaniu tego samego.
Wychowałam się nie tylko na bajkach i baśniach. Wychowałam się również na wierszach. Mama sama lubiła poezję więc i mnie nią „częstowała”. Przyznaję szczerze: ani Mickiewicz, ani Słowacki nie są zbyt poważni dla dzieci. Oczywiście analiza i interpretacja w szkole otwarła mi oczy na inny sposób odczytywania tych tekstów, ale jako dziecko po prostu cieszyłam się z tych krótkich wersów, które rymując się stwarzały melodyczną historię. I może właśnie dzięki tej melodyczności , z taką łatwością „wpadały” mi w ucho i w pamięć. Do tej pory pamiętam w całości „Powrót taty” Adama Mickiewicza. Pamiętam jak za każdym razem było mi smutno gdy słuchałam o dzieciach, które czekają na tatę i o zbójcach, którzy na nich napadli. Pamiętam Lilije (choć już nie w całości) i wiele innych ballad.
Ale przecież czym byłoby dzieciństwo bez wierszy Jana Brzechwy i Juliana Tuwima (dopiero w liceum dowiedziałam się jak całkowicie inne teksy potrafił tworzyć, zaburzając tym samym mit poety dziecięcego), które są ponadczasowe. Nieważne, że dzieckiem byłam kilkanaście lat temu, teraz rodzice (pod warunkiem, że mają czas) czytają te same teksty swoim dzieciom i tak samo pozwalają rozbudzić ich wyobraźnię.
Przecież nic tak nie zmusza do myślenia jak proste, a zarazem humorystyczne i melodyczne historie jak choćby ta o „Pawle i Gawle” (Aleksander Fredro) czy o „Chorym kotku” (Stanisław Jachowicz) lub o „Kaczce Dziwaczce” (Jan Brzechwa) albo o „Lokomotywie” (Julian Tuwim).
Wszystkie te i inne utwory znajdziemy w zbiorze biblioteki Szkoły Polskiej w książce zatytułowanej: „Polscy poeci dzieciom”. Warto, naprawdę warto poczytać dzieciom – dla spędzenia czasu z nimi, dla otwarcia im oczu na magiczny świat wyobraźni, dla utrwalania języka, łatwego zapamiętywania, a przede wszystkim dzielenia się tym, co samych nas cieszyło, uczyło i rozwijało jako dzieci. 

Kamila Ocimek 

wtorek, 11 marca 2014

Sprawozdanie z zajęć z 8 marca

Poziomki

Zajęcia rozpoczęliśmy od gier oraz puzzli. Były to gry pamięciowe. Kolejnym etapem  zajęć było wykonanie pracy plastycznej z podziałem na grupy: wyklejanie kolorowanki kuleczkami z bibuły lub stworzenie rysunku z elementami policzalnymi. W czasie wykonywania zajęć dzieci słuchały piosenek i powtarzały cyferki w kolejności oraz odbyła się rozmowa o zwierzętach jakie możemy spotkać w zoo i jak one wyglądają . Po zjedzeniu drugiego śniadania zajęcia zostały przeniesione na sale gimnastyczną. Na sali zabawę zaczęliśmy od zabawy w balonik, wyścigi z woreczkami położonymi na głowie (woreczki wypełnione grochem) oraz na końcu rzut woreczkiem do koła hula hop. Po powrocie do sali odbyła się chwila relaksu - czytanie bajki, była to jedna z opowieści z serii " My Little Pony", oraz ponowne liczenie z udziałem paluszków oraz wyliczanki. Na zakończenie zajęć odbył się konkurs z nagrodami (naklejkami), konkurs polegał na opisaniu obrazka minimalnie w trzech zdaniach.

Wyliczanka Zoo

Jeden, dwa, w zoo można spotkać lwa.
Trzy, cztery, na wybiegu śpią pantery.
Pięć i sześć, gorylowi chce się jeść.
Siedem, osiem, kąpiel właśnie biorą łosie.
Dziewięć, dziesięć, wydra rybkę w pyszczku niesie.


Rymowanka o baloniku, używana podczas gry

Baloniku nasz malutki,
rośnij duży okrąglutki.
Balon rośnie, że aż strach,
przebrał miarę no i TRACH!
(dzieci się przewracają)

Pozdrawiam,
Kasia
Tęcza

Pierwsze marcowe spotkanie w sobotę rozpoczęliśmy od wymiany wrażeń i opinii na temat zabawy karnawałowej, która odbyła się dwa tygodnie temu. Przywitaliśmy panią Kamilę, która przybyła do Szkoły Polskiej pierwszy raz i do końca maja odbywa praktyki w naszej szkole. Każde dziecko przedstawiło się i powiedziało za kogo się przebrało w karnawale.
Powtórzyliśmy nazwy wszystkich miesięcy roku i zaznaczyliśmy miesiąc marzec na naszej Lini Czasu. Zapoznaliśmy się z przysłowiem "Nie rób drugiemu tego, co tobie niemiłe". Wspólnie ułożyliśmy zdanie po hiszpańsku odpowiadające temu przysłowiu. Wysłuchaliśmy opowiadania "Bogaty kupiec", które odnosi się do omawianego przysłowia. W grupie dokonaliśmy oceny zachowania tytułowego bohatera.
Po rozmowie przeszliśmy do części plastycznej zajęć. W luźnej i wesołej atmosferze dzieci za pomocą kredek i flamastrów próbowały zilustrować nowo poznane przysłowie. Chętne dzieci prezentowały grupie swoje prace.
Zjedliśmy śniadanie i ciastka, a następne spędziliśmy czas na sali gimnastycznej bawiąc się w grupie lub indywidualnie. Po powrocie do sali zajęliśmy się grami planszowymi i słowno-językowymi, które polegały na układaniu słów na czas z wylosowanych liter w parach lub pojedynczo. Dzieci dokańczały swoje rysunki związane z przysłowiem lub rysowały w dowolnej tematyce.
Gdy nadszedł czas pożegnania, zwróciliśmy szczególną uwagę na tym, by pozostawić porządek w klasie.

Dziękujemy i pozdrawiamy,
Monika i Kamila

Jarzębina

Ostatnie zajęcia rozpoczęliśmy od poprawienia dyktanda, wspólnie zapisaliśmy je na tablicy i omówiliśmy błędy, przypomnieliśmy o istnieniu literek ą i ę, o rozdzielnej pisowni czasowników z "się" (cieszy się), itd.
Poprosiłam dzieci aby spróbowały nauczyć się dyktanda i napiszemy je jeszcze raz a następnych zajęciach.
Następie wróciliśmy do ćwiczeń pisowni wyrazów z sylabami miękkimi: sie, sia, sio, dzie, dzia, dzio, itd wspólnie zapisaliśmy na tablicy tekst, w którym pojawiły się wymienione sylaby.
Potem dzieci przeczytały czytankę o wycieczce do Wieliczki, które to miejsce było tematem jednej z prezentacji dzieci. Omówiliśmy tekst a następie dzieci, które odwiedziły Wieliczkę opowiadały co jeszcze widziały w kopali soli.
Kolejnym punktem zajęć była prezentacja kolejnego ciekawego miejsca tj. Muzeum Dobranocek w Rzeszowie. Przy tej okazji rozpoczęliśmy krótką rozmowę o polskich dobranockach. Dzieci opisywały postaci wśród których pojawiła się postać Pana Kleksa. Wiele z dzieci oglądało film o Panu Kleksie, gdyby jednak chciały również przeczytać książkę, to informuję, że można ją wypożyczyć z naszej szkolnej biblioteki.
Na zakończenie powtórzyliśmy, czego nauczyliśmy się o czasowniku.
Następie podzieliliśmy czasowniki na te które dotyczą przeszłości, przyszłości i teraźniejszości.
Podawałam dzieciom przykład czasownika a one klasyfikowały go w w kolumnie z odpowiednim czasem.
Jako pracę domową dzieci otrzymały ksero z zadaniem pokolorowania części, w których występuje czasownik.
Przypominam, aby dzieci zawsze przynosiły ze sobą zeszyt i coś do pisania.

Pozdrawiam,
Anna Lintner

niedziela, 9 marca 2014

Erasmus: Bukareszt, Barcelona...


Dzień dobry. Nazywam się Kamila Ocimek… Tak samo rozpoczynałam tysiące swoich maili i wiadomości, później było już: „Good morning, my name is Kamila Ocimek…” Związane to było z wyjazdem zagranicznym w ramach programu Erasmus, który nie ukrywajmy, jest jednym z najlepiej rozsławionych (przynajmniej wśród studentów) programów związanych z Unią Europejską i korzyściami jakie ze sobą niesie. Mawia się, że kto przeżył Erasmusa, ten wie o co chodzi. Słyszałam, że to jest największa przygoda w życiu – oczywiście tak ją sobie wyobrażałam, lecz dopiero żyjąc pół roku w kompletnie innym świecie, przekonałam się co to znaczy naprawdę. Pamiętam jak idąc ulicą śmiałam się sama do siebie, a szczęście i euforia wprost ze mnie emanowały. Pamiętam telefon do domu: „Mamo, to była najlepsze decyzja w moim życiu!” Byłam dumna, realnie dumna z siebie, że pomimo braku czasu (decyzję podjęłam bardzo późno, długo po rekrutacji), obaw (niczego nie bałam się tak, jak mówienia po angielsku), biurokracji (niektórzy stwierdzili, że po takiej papierkowej „zabawie” dawno by już zwątpili) powiedziałam sobie: nie bój się! I od tej pory przestałam się bać. Tak dosłownie i w przenośni.

Teraz wszystko jest łatwiejsze. Angielski? Podszkoliłam, zmuszona do mówienia. Potem już zabiegałam o to żeby mówić, mówić jak najwięcej. I kolejne olśnienie pewnego dnia (tych olśnień było więcej): z jaką łatwością i normalnością poznaję ludzi: Hiszpanie, Portugalczycy, Litwini, Włosi, Czesi, Bułgarzy, Francuzi, Niemcy, Rumuni. Jeszcze nie wspomniałam, że moim kierunkiem wyjazdu była właśnie Rumunia i jej cudowna stolica – Bukareszt. Pomimo wielu zasłyszanych, stereotypowych żartów, wiedziałam, że to dobre miejsce; że Rumunia nie jest zacofana, jak niektórzy myślą, że ludzie nie chodzą tam w cygańskich sukniach i nie przemieszczają się cygańskim wozami (bo i takie opinie – zupełnie na poważnie – słyszałam), że na końcu ostatniej linii metra nie ma końca świata, a gruz nie zasypał całego kraju. Chciałabym aby ludzie zmienili opinię o tym kraju, który nie ma co ukrywać, stara się dogonić właśnie nas – Polaków. Ja, jako Polka, byłam pełna dumy, wielokrotnie słysząc opinię jaki piękny jest nasz kraj oraz jak dobrze i szybko się rozwija po wejściu do Unii Europejskiej.

Ale to nie wszystko. Wspomniane wyżej znajomości otwarły mi drogę do międzynarodowych podróży. Zawsze uwielbiałam podróżować, ale teraz widzę w tym życiowy cel. Nie chcę normalnych wakacyjnych wyjazdów z leżeniem na plaży i piciem drinków z palemką – chcę praktyk, działań, samorealizacji i ludzi – międzynarodowych znajomości! Dlatego mój kolejny plan na przyszłość – nowe studia, nowe wyjazdy, nowe możliwości – tego chcę i to zrobię! Bo tak jak już wspomniałam, teraz wszystko jest łatwiejsze, a niemożliwe nie istnieje.

Czym byłby Erasmus bez wyjazdów. Zwiedziłam prawie całą Rumunię – Bukareszt oczywiście wzdłuż i wszerz; Cluj, Săpânţa, Turda, Bran, Brasov, czarnomorska Constanța, Vama Veche, Delta Dunaju. Góry, morze, zamki Draculi – Ci co widzieli zdjęcia nie wierzyli, że to Rumunia i że jest tam tak pięknie. Ale Bukareszt to również dobre miejsce wypadowe w wiele innych miejsc. Tani bus do Bułgarii i do Istambułu (choć nie uniknęliśmy podróży z pseudomafią), a na koniec tani lot do Izraela. Chyba sama do końca nie wierzę w tę kumulację przygód. Oczywiście był czas na przyjemności i na obowiązki, bo pomimo ogólnoprzyjętej opinii, Erasmus to nie tylko imprezowa „Sodoma i Gomora”. To jednak trochę nauki, obowiązków, gospodarowanie pieniędzmi i przetrwanie w akademiku. To szkoła życia i radzenia sobie w różnych sytuacjach. Dlatego doświadczenie zdobyte po tym wyjeździe jest jednym z największych w życiu. I najlepszą decyzją. Pozwala realizować marzenia i otwiera oczy na następne, zmienia osobowość, myślenie i podejście do życia; ułatwia działanie w każdej dziedzinie. Erasmus to nie wakacje, to część życia i pamiątka do jego końca! 

Kamila Ocimek

Classes de polonès, 22.02. i 08.03.


Lekcja 6 (22.02.2014)

Vam repassar alguns temes de la unitat 3 del llibre d’exercicis HURRA! com ara les oracions amb el verb SER (BYĆ) i INTERESSAR-SE (INTERESOWAĆ SIĘ), p.12 i vam fer exercicis amb els verbs LUBIĆ, MÓWIĆ, robiĆ i UCZYĆ SIĘ, p. 13.

També vam acabar acabar la unitat 4 Czy masz brata? del llibre de text:

  1. Vam estudiar els pronoms possessius (Zaimki dzierżawcze), p.36 del llibre de text i els pronoms d’Objecte Directe (Zaimki osobowe –Biernik, p. 39) o sigui aquests que ens permeten dir frases tan boniques com ara:
t’estimo – kocham cię / mestimes – kochasz mnie
  1. Vam treballar les oracions d’OBJECTE DIRECTE, o sigui, com dir en polonès, per exemple: Tinc germà/germana/un fill /un gat/una casa
Mam brata/siostrę/dziecko/kota/dom
Aqui vam veure que totes les paraules masculines animades (persones i animals) afeigeixen una –a al final (brat –brata/ kot –kota) i tots els femenins (tant animats com no) tenen una –ę al final de la paraula (siostra –siostrę /kawa –kawę). També vam estudiar les combinacions d’aquestes paraules amb els adjectius (els masculins animats acaben en –ego: Mam małego syna; tots els adjectius femenins, en canvi, acaben en –ą, llavors: Mam małą córkę): p. 38


Ahir (lekcja 7) vam repassar la gramàtica i el lèxic de la unitat 4 (llibre d’exercicis pp. 14-16) i vam començar a parlar de les nostres aficions (LEKCJA 5 Co lubisz robi
Què t’agrada fer):
-vam aprendre com parlar de les aficions ( nasze HOBBY), del temps i de la freqüència temporal de les nostres activitats preferides (sempre –zawsze / mai – nigdy / często –sovint... , p. 46)

DEURES / ZADANIE DOMOWE

  1. Per a la propera classe repasseu els pronoms possessius i els de l’OD de les pàgines 36 i 39 del llibre de text (farem una petita activitat per en recordar-los).
  2. Torneu a escoltar l’exercici 4 de la p. 43 del llibre de text (ja teniu enllaçat l’audio al curs online i la transcripció del que diuen tots 4 personatges).
  3. Feu exercici 5 de la p. 44
  4. Penseu 7 frases semblants a les del Pan Stanisław Matejko la p. 46 sobre les vostres activitats i la freqüència amb la qual les podeu fer.

wtorek, 4 marca 2014

Jak to Kamila, nasza praktykantka, poszukiwała mieszkania w Barcelonie


W poszukiwaniu swojego miejsca
W Barcelonie jestem już tydzień, ale zdążyłam się do tego miasta tak przyzwyczaić, że czuję się jak u siebie w domu. Jest to mój drugi wyjazd z programu Erasmus, więc na pewno będę porównywała swoje wrażenia z Barcelony i z Bukaresztu. I choć w Bukareszcie również czułam się jak w domu, to więcej czasu zajęło odkrycie mi jego duszy i poczucie się tam swobodnie. Tu, w Barcelonie, poczułam to pierwszego dnia. Przyleciałam w poniedziałek (24 lutego) i jeszcze w Polsce planowałam, że niezależnie, o której godzinie dotrę do nowego mieszkania, zostawiam walizki i idę „na miasto”. Rzeczywistość oczywiście zweryfikowała moje postanowienia, gdyż dotarłam o godzinie 22 i wypadało jednak rozpakować swoje dwa trzydziestokilowe bagaże. Nie inaczej. Na lotnisku w Pyrzowicach (skąd leciałam) musiałam jeszcze zostawić kilka rzeczy siostrze, gdyż o dwa i pół kilo przekroczyłam limit ciężkości. Wtedy również ogarnęła mnie panika – jak ja sobie poradzę z tymi bagażami. Dzięki osobie, która tu już była, dostałam dokładne wytyczne jak mam dojechać z lotniska do centrum, a potem do swojego mieszkania, ale to oznaczało dwie przesiadki. Normalnie nic takiego, przy moim obciążeniu – dość problematycznie. A wyglądałam tak: duży, naprawdę duży plecak, który przeważał mnie na wszystkie strony, ogromna walizka na kółkach plus jako bagaż podręczny, przewieszony na ramieniu laptop z tysiącem kabli, dokumentów itp. Ogólnie waga bagażu przeważyła mnie samą, ale przecież wyjeżdżałam na trzy miesiące, musiałam wziąć to co najważniejsze. Rozpakowując się jednak zastanawiałam się po co mi te wszystkie ubrania i że już nigdy więcej tego nie zrobię tzn. nie będę podróżowała z takimi bagażami (zobaczymy do kiedy będzie obowiązywało moje postanowienie, pewnie do następnej dłuższej podróży). Dodam jeszcze, iż powiedziałam sama sobie, że jeśli dam radę z tym, to dam radę ze wszystkim. I dałam (nawet nie podejrzewałam, że tak łatwo to pójdzie) czyli w przyszłości też dam radę – ze wszystkim. Jednak przyznaję, życzliwość ludzka i szczęście mi sprzyjały. Zaczęło się już na lotnisku El Prat. Wiedziałam ,że należy kierować się do autobusu numer 46, a będąc już na przystanku usłyszałam rozmowę Polaków. Przeprosiłam za przeszkodzenie, zapytałam czy spotkani państwo mogli by mi powiedzieć, w którym miejscu należy wysiąść (kierowałam się na Plaça Espana). Okazało się, iż nie tylko również tam wysiadali, ale zaopiekowali się moim bagażem (to znaczy pomogli ciągnąć walizkę), poszli razem ze mną na odpowiednią stację metra, wskazali kierunek, pożartowali i jeszcze zostawili namiary do siebie, w razie gdybym miała problemy. Podziękowałam serdecznie wiedząc, że najgorsze już za mną. Teraz tylko przesiąść się na stacji Urquinaona na żółtą linię i zadanie wykonane. Ale… żeby dostać się na żółtą linię należy pokonać kilka przejść, z kilkoma schodami. Na co dzień oczywiście takie schody to norma, ale z moim bagażem… Ostatnio pokonywałam znów tę trasę i przypomniało mi się jak już przy pierwszych schodach młody mężczyzna zaproponował pomoc. Oczywiście skorzystałam, podziękowałam i poszłam dalej, a dalej za zakrętem… znowu schody. Na szczęście kilka więc sama wciągnęłam walizkę. Później kolejne, znów wiele– tym razem pomogła dziewczyna i ostatnie zejście – mężczyzna z żoną. Uczynny mężczyzna złapał za uchwyt i razem znieśliśmy torbę ze schodów. Podnosząc jednak nie spodziewał się chyba jak ciężka ona jest, gdyż jego zdziwienie wyraziło się w słowach, których nie zrozumiałam, ale mogłam podejrzewać co znaczą. Później całą trasę w metrze uśmiechał się i życzliwie zerkał to na żonę to na mnie, to na walizkę. Ze stacji metra odebrała mnie na szczęście współlokatora i razem dotarłyśmy do mieszkania.
Jeśli mowa o moim mieszkaniu, nie mogę sobie odmówić opowieści o jego poszukiwaniu. Choć może nie są one (na szczęście) traumatyczne i dość skomplikowane warto o nich wspomnieć. Ponieważ jestem osobą zapobiegliwą zdecydowałam, iż najpóźniej miesiąc przed wyjazdem muszę znaleźć swoje lokum. Na początku stycznia zaczęłam poszukiwania przez Internet. Począwszy od wszystkich dostępnych stron Erasmus Barcelona, przez hiszpańskie portale oferujące wynajem mieszkania, po prywatne znajomości. O dziwo okazało się, że komu bym nie powiedziała o wyjeździe do Barcelony, każdy kogoś tu znał, lub kogoś kto znał kogoś lub jeszcze dalsze konotacje. Ogólnie skutek zerowy. Poszukiwanie mieszkania wyglądało podobnie jak poszukiwanie praktyk. Tysiące maili, zero odpowiedzi. Czas uciekał, ja się denerwowałam, a dodatkowo odkryłam, że przeciętna cena za wynajem mieszkania jest o kilkadziesiąt euro większa niż zakładałam na początku. Barcelona jest drogim miastem, ale wartym swojej ceny, co każdy dzień spędzony tutaj mi to potwierdza. Więc gdy już pogodziłam się z ceną wynajmu, odpuściłam te tańsze – czasami pojawiające się – oferty, gdyż jak mnie przestrzegano, mogę mieszkać bez okien lub jeszcze gorzej. Ale nawet moje pogodzenie się z ceną nie przyniosło efektu. Odpowiedzi jak nie było, tak nie było, a że życie lubi mnie zaskakiwać pewnego dnia, niespodziewanie zaczęłam otrzymywać odpowiedzi, dosyć nietypowe, które podejrzewam będę długo wspominać, a które swego czasu bawiły moich znajomych.
„Kamila (zwracam uwagę na bezpośredniość) , nie ma problemu, chętnie wynajmę ci mieszkanie. Nie jest może bardzo słoneczne, ale słońca będziesz miała dość w Hiszpanii. Ogólnie całe mieszkanie składa się z pokoju, kuchni i łazienki. Przez pierwszy miesiąc będę mieszkał (zwracam uwagę, iż był to mężczyzna) z Tobą, potem wyjeżdżam na miesiąc więc będziesz miała mieszkanie dla siebie, a po miesiącu wracam i znowu zamieszkamy razem” – komentarza dodawać chyba nie muszę.
Kolejni byli – jak ich określiłam – „ludzie z lasu”:
„Oczywiście chętnie wynajmiemy ci mieszkanie, ale musisz wiedzieć, że nie mieszkamy dokładnie w Barcelonie, mieszkamy w lesie, w małym domku, żyjemy tu spokojnie, ale w każdej chwili można stąd dojechać do centrum”
Następni byli, bardzo życzliwi, choć nadgorliwi Hindusi:
„Kamila, mieszkamy we dwójkę (dwaj mężczyźni), studiujemy na Uniwersytecie w Barcelonie, właśnie jeden znajomy wyjechał i zostaliśmy sami. Jesteś z Polski? Bardzo lubimy ludzi z Polski. Kiedy przyjeżdżasz, chętnie cię przygarniemy, itd…” – jednak postanowiłam się wstrzymać.
Na koniec oczywiście hit – restrykcyjni weganie:
„Pani Kamilo, oczywiście jesteśmy skłonni wynająć pani mieszkanie jednak na wstępie chcieliśmy zaznaczyć, że jesteśmy parą wegan, którzy trzymają się ściśle określonych zasad i nie akceptujemy naruszania ich. W naszym domu nie spożywamy produktów pochodzenia zwierzęcego i wymagamy tego również od naszych współlokatorów jak i ich gości. Wolimy uprzedzić o tym na początku, aby nie było nieporozumień, gdyż konsekwentnie jesteśmy wierni naszym ideom”
Cóż, sama jestem wegetarianką (nie weganką) i nigdy nikomu w talerz nie zaglądałam, nie mówiąc już o podporządkowywaniu czyichś posiłków moim wyobrażeniom. Oczywiście ich dom, ich wola, ale jak pomyślałam że nawet jajecznicy bym nie mogła sobie zjeść na śniadanie, albo ugotować jajeczka na święta – zwątpiłam.
Zwątpiłam wielokrotnie, ale w myśl idei: „nie poddawać się”, pewnego dnia doznałam olśnienia. Przecież na pewno ktoś z mojego uniwersytetu przebywa na Erasmusie w Barcelonie i orientuje się w sprawach mieszkaniowych. Napisałam do koordynatora, który przesłał mi namiary na dwie Polki przebywające tu oraz ogłoszenie, za które oczywiście Uniwersytet nie ponosi odpowiedzialności, ale które może chciałbym wziąć pod uwagę. Otóż małżeństwo polsko-hiszpańskie oferowało wynajem mieszkania; słonecznego, ładnego, może nie w samym centrum, ale też nie na obrzeżach. Osoby kończące semestr studiów zwalniały pokoje i mieszkanie czekało na nowych lokatorów. Czyli… na mnie! Spadło mi to jak z nieba, co potwierdza ile mam szczęścia w życiu i jak łatwo rozwiązać problemy – w tym przypadku najprostszym sposobem. Skontaktowałam się oczywiście. Pierwszą rozmowę odbyłam przez Skypa, umowę podpisałam w Warszawie, gdzie owo małżeństwo obecnie przebywa, a wizyta pokryła się z moim i tak planowanym już wcześniej przyjazdem do stolicy (spotkanie z „Erasmusami” z Bukaresztu). Tak jak planowałam, miesiąc przed wyjazdem znalazłam mieszkanie, a wszystko gotowe było dokładnie na trzy tygodnie przed. Samolot zarezerwowany dwa miesiące wcześniej, w dość okazyjnej cenie – akurat w dniu rezerwacji zmalała o 50 złotych. Wiec pozostało dopełnić formalności na uczelni, m.in. ustalić z wykładowcami warunki zaliczenia, gdyż jako studentka odbywająca praktykę muszę zaliczyć semestr indywidualnie; kupić niezbędne rzeczy i czekać.
A gdy już się doczekałam i wysiadłam na Plaça Espanya –poczułam, że jestem w kompletnie innym miejscu, ale w tym w którym chciałam i powinnam być. Ten widok wieczorem i to powietrze. Pamiętam moją pierwszą myśl – tu nawet inaczej pachnie – taką wolnością!
 Kamila Ocimek

niedziela, 2 marca 2014

Kamila Ocimek, praktykantka w Szkole Polskiej, opowida o swojej przygodzie z Erasmusem


Mój wyjazd. Moja Barcelona.
Chęć odbycia praktyk zagranicznych pojawiła się zaraz po powrocie z Bukaresztu. Odbyłam tam semestr studiów w ramach programu Erasmus i tak bardzo chciałam zrobić coś jeszcze, że dołożyłam wszelkich starań żeby się udało. W kwestiach wyjazdu na Erasmusa byłam i jestem dobrze poinformowana, więc wiedziałam, że oprócz studiów przysługuje mi również możliwość wyjazdu na praktyki zagraniczne. Są one o wiele mniej popularne (pojawiły się dopiero w roku akademickim 2007/2008), studenci przeważnie korzystają tylko z oferty studiów zagranicznych, nie wiedząc czasem w ogóle o ofercie stażu jaką oferuje program Erasmus. Erasmus uczy życia pod każdym względem, coś co było straszne, trudne i niewyobrażalne, staje się banalnie proste. Wiedziałam, że praktyki to całkowicie inna bajka – pod każdym względem – począwszy od organizacji, po wykonanie, ale o tym po kolei.
Większość studentów przeraża biurokracja, wiążąca się z ubieganiem się o wyjazd. Faktycznie, bieganie od koordynatora do dziekana potem do biura Erasmusa, znów do dziekana (a tu okazuje się nieobecny), znów do koordynatora (dziś wcześniej wyszedł) i do biura (akurat nie ma osoby odpowiedzialnej za wyjazd), do sekretariatu, zbieranie podpisów, w pewnym momencie staje się normalne – skoro trzeba to trzeba, a odrobina cierpliwości nie zaszkodzi. Najważniejsze nie zostawiać wszystkiego na ostatnią chwilę, bo można przegapić ważny termin. Nauczona już doświadczeniem zgłosiłam się od razu. Sprawy związane z dokumentacją, po wcześniejszych przejściach wydały się banalne – podanie, list motywacyjny, wniosek. Problem był tylko taki, iż o stypendium mogłam ubiegać się dopiero jako studentka, a ponieważ prawnie studentką (studiów magisterskich) miałam stać się dopiero 25 września, moje wcześniejsze skłanianie wniosku nie miało sensu (bo niby jako kto się ubiegam). Więc moja nadgorliwość została trochę ugaszona i musiałam cierpliwie czekać. Zależało mi żeby załatwić to jak najszybciej, gdyż po pierwsze: pod koniec września wyjeżdżałam do pracy za granicę i nie mogłabym wszystkiego kontrolować osobiście, po drugie: Erasmus rządzi się swoimi prawami i w każdej chwili mogłoby się okazać, że pula pieniędzy przeznaczona dla stypendystów została wykorzystana i wyjazd nie będzie mi przysługiwał. Oczywiście wszystko potoczyło się po mojej myśli. Wróciłam i wszystko załatwiłam osobiście, jako pełnoprawna studentka. Ale zanim to się stało musiałam przecież znaleźć miejsce praktyk.
Tak jak wcześniej wspomniałam praktyki w ramach programu Erasmus wyglądają troszeczkę inaczej niż wyjazd na studia. W przypadku studiów to uczelnie pośredniczą między sobą. Sam proces przyjęcia i zaakceptowania studenta odbywa się bez jego udziału, choć oczywiście należy być w stałym kontakcie z koordynatorami obu stron, przestrzegać terminów i dosyłać odpowiednie dokumenty. W przypadku praktyk część organizacyjna przypada w większości studentowi. To on powinien skontaktować się z miejscem, organizacją, instytucją, ustalić z pracodawcą warunki, zadbać o odpowiednie dokumenty itp. Oczywiście Uniwersytet dysponuje bazą instytucji i organizacji chętnych zorganizować praktyki dla „Erasmusowców”, jednak żadna z tych ofert nie odpowiadała mojemu kierunkowi studiów. Otóż od roku akademickiego 2013/2014 jestem studentką Międzynarodowych studiów polskich na Uniwersytecie Śląskim. To nowo otwarty kierunek specjalizujący się w kontaktach polsko-zagranicznych i przygotowujący do pracy na arenie międzynarodowej. Uznałam, że miejscem idealnym dla mnie jest organizacja polonijna lub stowarzyszenie Polaków za granicą. Współgrałoby to z charakterem moich studiów jak i moimi prywatnymi pobudkami. Jestem osobą, która kocha podróże, uwielbiam poznawać świat i inne kultury, ale tak samo uwielbiam badać i obserwować relacje Polaków i życie Polaków poza granicami kraju – to tymczasowe, nazwijmy je wakacyjne i to stałe – emigracyjne. Nie ukrywam, iż w przyszłości chciałaby się czymś podobnym zajmować. Ponieważ duch patriotyczny nie pozwoliłby mi zapomnieć na stałe o Polsce, chciałabym współpracować z Polakami, ale ponieważ duch podróżniczy nie pozwoli zostać w jednym miejscu, chciałabym to robić gdzieś w świecie.
Wracając jednak do poszukiwań. Gdy już zdecydowałam się jaki rodzaj instytucji byłby dla mnie idealny, pozostało pytani: czy można? Otóż praktyki w ramach programu Erasmus mają pewne zasady. W regulaminie wyraźnie podkreślone jest, iż instytucja partnerska musi znajdować się w kraju uczestniczącym w programie Erasmus (czyli Kraje Unii Europejskiej, Kraje Obszaru Gospodarczego: Islandia, Lichtenstein, Norwegia i kraj kandydujący czyli Turcja) oraz, iż nie jest dozwolone odbycie praktyki w:
  • instytucjach Unii Europejskiej,
  • instytucjach zarządzających unijnymi programami,
  • placówkach dyplomatycznych ojczystego kraju studenta
  • zagranicznych oddziałach przedsiębiorstw lub instytucji z ojczystego kraju studenta, które nie są odrębnymi instytucjami lub przedsiębiorstwami.
Zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem mój idealny pomysł nie legnie w gruzach, gdyż obawiałam się, iż organizacje polonijne mogą być zależne od UE, lub jej podlegać. Od razu skreśliłam ambasady i instytuty polskie – jako placówki dyplomatyczne ojczystego kraju. O tym czy mogę, wolałam dowiedzieć się osobiście w biurze Erasmusa, przedstawić swoje propozycje. Do tej pory pamiętam jak w 30-stopniowym upale, z nogą w gipsie pokonywałam z wielkim trudem dystans kilku metrów bo budynku, w który znajduję się siedziba biura Erasmusa, ale było warto! Okazało się, że oczywiście mogę. Organizacje polonijne są pozarządowe, a ponieważ współgra to z idealnie z moim kierunkiem studiów mam wolną rękę w poszukiwaniach.
Erasmus uczy cierpliwości, ale również wytrwałości. Nie można się poddawać w poszukiwaniu wyznaczonego celu. Dlaczego piszę o tym w tym miejscu, po wcześniejszym przedstawieniu jak korzystnie wszystko się dla mnie potoczyło? Ponieważ pomimo wielu miejsc stowarzyszających Polaków za granicą, wcale nie było łatwo. Instytucji szukałam oczywiście na stronach internetowych, wpisując w wyszukiwarkę: organizacje polonijne, stowarzyszenia polaków za granicą, Polacy/Polonia za granicą itp. Jak wcześniej wspomniałam odbyłam semestr studiów w Rumuni, więc tym razem chciałam zdziałać coś w innym państwie. Nie ukrywam, iż marzyłam o Hiszpanii, ale podania wysyłałam również do Portugalii, Grecji, Chorwacji. Wysyłałam i wysyłałam, informując o moim kierunku studiów i praktykach jakie chcę odbyć. Wysyłałam kilka podań dziennie, w sumie około pięćdziesięciu, ciągle znajdując nowe miejsca. Najwięcej oczywiście lądowało w Hiszpanii. Zdawałam sobie sprawę, iż nie wszyscy odczytują maile od razu, a mimo to, z pocztą w telefonie komórkowym, na bieżąco, co chwila odświeżałam pocztę czekając na wieści. Nic…
Zaczęłam się obawiać, że szansa przepadła, a dalsze bardzo męczące czekanie nie przyniesie skutku… aż pewnego dnia przyszła wiadomość z Portugalii: „Przykro nam, ale nasza instytucja nie organizuje praktyk, proszę zapytać w ambasadzie.” Cóż w ambasadzie zapytać nie mogę, a pierwsza nadzieja przepadła. Następna wiadomość, z Grecji: „Wątpię, żebyśmy mogli pani coś zorganizować, proszę sprawdzić tu…” , a „tu” podany był namiar na stronę, która była nieaktywna. Następnego dnia wiadomość ze Szkoły Polskiej w Barcelonie: „Istnieje możliwość odbycia praktyk w naszej instytucji. W chwili obecnej mamy jedną osobę odbywającą trzymiesięczną praktykę w zakresie Erasmusa. Kiedy chciałaby Pani rozpocząć praktykę?”
Chyba nie muszę nic dodawać, a moją radość można sobie wyobrazić. Odpowiedziałam natychmiastowo, a wiedząc, że ktoś odbywa już praktykę w ramach Erasmusa, wiedziałam, że miejsce jest odpowiednie. Prawdą jest, iż odpowiedź uzyskałam w sierpniu (2013), a na praktyki zamierzałam przyjechać pod koniec lutego (2014), ale to nie był problem. Kontakt z Panią Ewą przebiegał świetnie, dokumenty wypełniłam i zdobyłam wszystkie podpisy ekspresowo, po oficjalnym przyjęciu na studia dokumenty złożyłam, a żeby być pewną, że nikt mi już tego nie zabierze, umowę podpisałam na początku grudnia. A potem pozostało tylko czekać, czekać cierpliwie, choć cierpliwością nie grzeszę, czekać i przygotowywać się, szukając mieszkania, kontaktu z osobami na miejscu itp., ale o tym następnym razem.

Kamila Ocimek